II Batalion Wojciecha Bolesty

Na podstawie Jan Pachoński, Polacy na Antylach i morzu karaibskim, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1979 r.

Batalion polski pod wodzą szefa Wojciecha Bolesty został wysadzony w Môle Saint Nicolas. Miasto miało piękny i wygodny port z redą, leżało naprzeciw kubańskiego przylądka Maysi (oddzielone Cieśniną Zawietrzną) i porównywano je do Gibraltaru. Według raportów z 23 września 1802 r. w skład garnizonu wchodziły 68., 71., 90. -  francuskie półbrygady liniowe.  I batalion 5. półbrygady lekkiej, Legion Loary, Dragoni Południa, trochę artylerii i żandarmerii. Można sądzić, że Polacy tu zawitali koło 4 września. Przy batalionie było dowództwo 3. polskiej półbrygady z szefem brygady F. Bernardem i kwatermistrzem Rencaud.  Stan poszczególnych kompanii według rewii z 23 września 1803 r. ( w nawiasie stan z 21 I 1803) wynosił:

Grenadierzy kpt. 1 klasy Dominik Dziur bas, stan 87 (79).

  1. kompania kpt. 1 klasy August Sawacz, stan 86 (37 i 20 w szpitalu).
  2. kompania kpt. 2 klasy Teodor Pretwicz, stan 86 (48 i 29 w szpitalu).
  3. kompania kpt. 3 klasy Ignacy Bolesta, stan 88 (41 i 25 w szpitalu).
  4. kompania kpt. 3 klasy Swierkowski (zmarł 4 XI), po nim Sebastian Gołaszewski por. 5. kompanii, stan 78, z czego 14 w szpitalu (55 i 16 w szpitalu).
  5. kompania kpt. 2 klasy Marcin Osękowski (zmarł 21 III 1803 r. w Jacmel), stan 80 (56 i 11 w szpitalu).

Kompania kpt. 3 klasy Fortunat Kończa (odesłany do Francji 23 XII, uzyskał dymisję 8 VI 1803), zań kpt. 2 klasy Jan Godlewski z I ibatalionu (9 II 1803), stan 90 (55 i 17 w szpitalu).

  1. kompania kpt. 2 klasy Jozef Zabokrzycki, stan 89 (77 i 33 w szpitalu).
  2. kompania kpt. 3 klasy Cyprian Zdzitowdecki (awansował na szefa II batalionu 23 X), zań Wincenty Kobylański z III batalionu, stan 89 (76 i 18 w sizpitalu).

Z II batalionu pozostawiono w Môle tylko grenadierską kompanię Dziurbasa, reszta ruszyła w składzie mieszanej dywizji Dessalinesa ku Gonaïves, miastu leżącemu nad zatoką o tej samej nazwie, stanowiącemu znaczny ośrodek produkcji bawełny. Po słabym oporze powstańców przebyto rzekę Gonaïves i osiągnięto miasto. Na krótko zatrzymano się.

Przy przebyciu następnej rzeki Ester(re) utracono kilkunastu ludzi od strzałów powstańców murzyńskich ukrytych w zaroślach. Przeprawiono się przez jedną z największych rzek wyspy - Artibonite - w pirogach wydrążonych z kloców mahoniowych, mieszczących po 30 ludzi.

Po drugiej stronie rzeki rozciągała się niezmiernie żyzna równina Artibonite, której produkty kierowano na sprzedaż do Saint-Marc. Od strony zatoki miasto było ubezpieczone fortem, od strony lądu bastionem i fosą. Gen. Dessalines mógł się pochwalić, że przywrócił spokój i łączność na tym terenie. Z kolei, według planu naczelnego dowództwa francuskiego, miano wysłać wsparcie generałowi D. Rochambeau do Port-au-Prince.

W tym celu zostało skierowane lądem osiem kompanii II batalionu polskiego do Saint-Marc, by 6 października 1802 r. odpłynąć statkiem do Port-au-Prince, przemianowanego dla uczczenia rewolucji francuskiej na Port Républicain. Był tu wygodny port mogący pomieścić 500 statków. Miasto słabo było ubezpieczone od morza, bardziej obronne od lądu, bogate, handlowe, choć niezupełnie jeszcze powróciło do dawnej świetności po trzęsieniu ziemi w 1770 r. i szkodach powstałych w okresie ostatnim.

Otaczała je głęboka fosa napełniona wodą morską. Wokół rozciągała się równina (40X24 km), dostarczająca zboża, jarzyn, owoców i kwiatów, przechodząca w partie górzyste, a nad morzem w kierunku Léogane w moczary. Gen. Rochaimbeau w tym czasie przeżywał trudny okres ze względu na rozszerzające się powstanie „niezależnych”. Toteż 600 Polaków przyjęto w Port-au-Prince radośnie, prawie z entuzjazmem. Dochowała się korespondencja podkreślająca konieczność pomocy.

Gen. Rochambeau postanowił jednak odesłać dwie kompanie polskie (przypuszczalnie pod dowództwem adiutanta majora Wierzbickiego) do Saint-Marc (115 żołnierzy) by wzmocnić stojący tam francuski batalion (68. półbrygady?), słabszy liczebnie od należącego również do załogi, ale niezbyt pewnego, batalionu kolonialnego 12. półbrygady. Z pozostałymi 470 legionistami polskimi i z oddziałami kolonialnymi wyruszył gen. Rochambeau ku Léogane (7 X); drogę od morza oddzielał pas moczarów. Léogane zostało poprzedniego dnia o 4 rano zaskoczone przez powstańców murzyńskich. Według Drouina de Bercy mógł w nim być dobry port wojenny, gdyż nad miastem nie dominowały wzniesienia; potrzebne były jednak solidniejsze umocnienia: 4 bastiony i 2 reduty. Do Léogane przytykała urodzajna równina, ale od strony Port au Prince rozciągały się moczary.

Po zaciętych walkach w uliczkach zabudowanych drewnianymi domami Léogane odzyskano. Padło 91 Murzynów. Znaczną część nowego garnizonu stanowiło 45 Polaków.

Petit Goâve atakowane było przez powstańców ok. 5 października; pozostawili oni na pobojowisku 147 poległych, umocnili się jednak na sąsiednich wzgórzach, zagrażając dalej osadzie. Gen. Rochambeau próbował ich wyrzucić z obronnych pozycji ostrzeliwaniem z okrętów oraz przy pomocy tresowanych dogów sprowadzanych ze wschodniej części wyspy lub z Kuby. (Poszczute - rozszarpywały Murzyna w ciągu paru minut).

Tu jednak zawiódł ogień artylerii morskiej (wobec ziemnych umocnień), a psy zwietrzywszy krew rannego dobosza francuskiego rzuciły się na niego. Z obawy, by nie wyrządziły większych szkód we własnych szeregach, Rochambeau kazał je wycofać, uważając, że nie zostały dostatecznie wyszkolone. Dowódca eskadry Julien de la Graviere uważał, że przyczyną niepowodzenia był brak w oddziale Francuzów. „Polacy, Mulaci i Negrzy już przy pierwszych strzałach spowodowali zamieszanie w szeregach i nie można było uczynić nic lepszego od pospiesznego odwrotu”. Niezbyt jest to ścisła relacja. Leon Potocki pisze o zaciętej kilkunastogodzinnej walce, w której Polacy osłaniali Francuzów; poległ wtedy m.in. ppor. Feliks Wilczek. Przypuszczalnie obserwujący akcję z morza marynarz nie zorientował się, że generałowi Rochambeau po nieudanym eksperymencie z dogami szkoda było czasu, aby zdobywać okopy na trudno dostępnym wzniesieniu, gdy czekały inne, ważniejsze zadania.

Do nich należało odzyskanie Jacmel na południowym wybrzeżu, odległego od Léogane o 48 km i przedzielonego od niego górami. Port ten, dogodny dla wyładunku amunicji i żywności, z wysepką Curaçao w zatoce, blokowany od 17 lipca 1802 r., został zajęty niedawno przez znaczne siły powstańcze, i to w biały dzień, mimo mężnej obrony gen. F. Pageota. Rochambeau odzyskał miasto po zaciętej walce, co znowu świadczyłoby o niewłaściwej opinii de la Gravière.

W Jacmel przejął dowództwo z powrotem Pageot. Garnizon wzmocniono dwoma kompaniami (150 żołnierzy).  Polaków pod wodzą szefa II batalionu W. Bolesty, który zmarł tu przypuszczalnie od odniesionych ran przed 20 października 1802 r., licząc ledwie 28 lat życia. Gen. Rochambeau donosząc o tym (28 X) Leclercowi określił go jako excellent officier, którego śmierć okrywa żałobą dowództwo armii. W miejsce Bolesty na szefa II batalionu powołany został przez Rochambeau kapitan 8. kompanii Cyprian Zdzitowiecki, jako najstarszy rangą, dający rękojmię, że potrafi dowodzić batalionem.

W każdym razie jeszcze w listopadzie II batalion wykazywał 579 ludzi pod bronią, a to: w Port Républicain 106, w Saint Marc 115, w Léogane 45, w Jacmel 150, w Jérémie 61, w drobnych porozrzucanych komendach - 102. Wydaje się jednak, że stan ten nie odzwierciedlał ilości faktycznej, gdyż ze względów finansowych (pobieranie za zmarłych żołdu i świadczeń) poszczególni dowódcy zgłaszali ubytki ze znacznym opóźnieniem.