III Batalion

Na podstawie Jan Pachoński, Polacy na Antylach i morzu karaibskim, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1979 r.

Rawą - dywizją północną, działającą na zachód od Cap Français, dowodził gen. dyw. Jan Brunet. Polacy znali go dobrze z walk w obronie Francji nad Varem (1799/1800); na wyspie zdobył rozgłos aresztowaniem gen. Toussaint-Louverture’a; w nagrodę za to właśnie uzyskał od gen. Leclerca prowizoryczne generalstwo dywizji (7 VI 1802) i przejął po gen. Clauzelu dowództwo prawej dywizji północnej. Szefem jego sztabu był Piotr Thouvenot z Toul, z wykształceniem                    artyleryjsko-inżynieryjnym.

Kwatera główna znajdowała się w Plaisance, na północny zachód od Marmelade. Dywizja liczyła etatowo 4288 żołnierzy z 31., 38., 79., 86. półforygady liniowej, 5., 7., 30. półbrygady lekkiej, Legionu Ekspedycyjnego, batalionu niemieckiego, oddziałów artylerii i żandarmerii. Było tego bardzo niewiele w stosunku do narzuconych zadań, toteż Thouvenot nalegał, by z świeżo lądujących posiłków dywizja dostała przynajmniej 1000 żołnierzy.

Terenem działania dywizji była zachodnia część okręgu Le Cap z gminami Limbe, Borgne, Port Margot, Plaisance i Acul (na pograniczu równiny Artibonite). Protestowano, że Marmelade z tytułu położenia nie powinna należeć do dywizji.

Gen. Brunet uważał za kluczowe na terenie swoim dwa punkty: Gros Morne w górach, nad morzem zaś Port de Paix, zapewniający łączność z portami Jean Rabel, Môle Saint Nicolas i wyspą Tortugą. W Port de Paix dowodził garnizonem złożonym z batalionów kolonialnych murzyński gen. Maurepas, o którym już wspomniałem parokrotnie.

Utrzymanie połączeń między pobrzeżem a górzystym obszarem Masywu Północnego było niezmiernie trudne. Powstańcy zająwszy Pendu, Moustique, Raunier przerwali komunikację. Przy próbie przywrócenia jej zginął szef batalionu Grandel.

We wrześniu postanowiono przeprowadzić dośrodkowe wyprawy: gen. Maurepasa z Port de Paix ku Gros Morne, Pendu, Calvaire oraz szefa sztabu Thouvenota z Gros Morne na Pilate, Borgne. W tym mniej więcej czasie (około 3 IX 1802) lądował w pobliżu Borgne dawno oczekiwany III batalion polski.

Jego szef Jan F. Junge, skarżąc się na wiek (50 lat!) i dolegliwości, pozostał w Livorno. Zastąpił go szef batalionu kontroli Franciszek Grabski, 57-letni i również nienadzwyczajnej kondycji; energicznym pomocnikiem miał być adiutant major batalionu mjr Piotr Bazyli Wierzbicki (przeniesiony 23 IX do II batalionu).                    Gen. Brunet z miejsca wyraził siwe niezadowolenie, że zamiast obiecanych 21 oficerów i 768 żołnierzy polskich nadeszło tylko 634 Polaków, gdyż resztę przekazano do szpitali. Niemniej i ta pomoc nie była do pogardzenia, gdyż podnosiła stan dywizji o 25%.

III batalion polski skierowano do Borgne. Dowodził tu szef batalionu Naverrez, Żyd flamandzki, od początku niechętny Polakom. Po krótkim odpoczynku pozostawiono jedną kompanię (65 Polaków z 2 oficerami) na straży dużego szpitala w Borgne, dwie zaś skierowano do umocnień przedpola (razem z Francuzami 380 żołnierzy). Doszło z miejsca do konfliktu z szefem

 

 

   

II. Teren walk III batalionu 3. półbrygady liniowej polskiej (113. francuskiej) na obszarze prawej dywizji północnej (departamentu Północnego) na San Domingo w 1802 r.

 

  1. Polacy
  1. powstańcy Opr. J. Pachońśki

 

batalionu Naverrezem, rozstrzeliwującym bez skrupułów Murzynów ujętych z broinią w ręku, a polskim szefem batalionu Grabskim, który to uważał za okrucieństwo. Po raporcie Na - verreza nadeszła dla Grabskiego nagana od szefa sztabu Thou- venota, z zagrożeniem, że w razie dalszej niesubordynacji i krytyki będzie musiał się tłumaczyć gen. Brunetowi w Gros Morne 17.

Reszta sił francuskich wraz z 5 kompaniami polskimi miała ruszyć znad rzeki Manzello paru szlakami w góry dla ich pacyfikacji. 3 kompanie polskie (ok. 200 żołnierzy) skierowano ku Gros Mome. Tu ich oczekiwał gen. Brunet.

 

Dowództwo III batalionu polskiego, F. Grabskiemu, poleciło wysłać oddziały dla zajęcia Coline du Mallo (Molle) i plantacji Bien(ne)gaudin na drodze do Port de Paix. Ten odmówił, tłumacząc, że ma ledwie 60 legionistów, z którymi z trudem utrzymuje Chapelle i łączność z Petit Boury. Naverrez ostro doń napisał, również gen. Brunet zganił niewykonanie rozkazu, nie wnikając w to, że słuszność chyba miał Polak.

Gen. Brunet analizując z szefem sztabu Thouvenotem akcje III batalionu polskiego, a zwłaszcza niefortunnej wyprawy kpt. Sangowskiego, wyraził wobec szefa sztabu gen. Dugua opinię (24 IX), że Polacy w walkach kolonialnych są mało pożyteczni. Oficerowie są źli, bo nie znają ani języka francuskiego (a tym samym nie rozumieją rozkazów i instrukcji), ani taktyki walki z Murzynami; żołnierze zaś nie umieją w tutejszych warunkach ani maszerować, ani bić się, a zmęczeni porzucają karabiny i nie dbają o amunicję. Również złą opinię wystawił batalionowi niemieckiemu. Dodawał, że obie te formacje stanowią 1/3 siły dywizji. Thouvenot zwracał uwagę, że powstańcy są dobrze uzbrojeni, zaopatrzeni w amunicję i żywność, więc lekceważyć ich nie można. Nasuwa się nawet podejrzenie, że ktoś z wyższych wojskowych jest z nimi w zmowie, i że wiele rzeczy przechodzi do powstańców z magazynów francuskich. Podejrzewano wtedy Dessalines’a, który odkrył swe karty w miesiąc później. Inna uwaga dotyczyła murzyńskich rolników, którzy według obserwacji Bruneta i Thouvenota wcale nie chcą się łączyć z powstańcami.

Inna kompania polsika została wysłana do Côtes de Ter. Komendant ośrodka por. Bodssy skarżył się jednak, że Polacy nie rozumieją po francusku, tak że musiał ich osobiście zaprowadzić na stanowisko (22 IX).

Najsłabsza kompania (50 ludzi) zajęła Chapelle. Ostatnią skierowano dla wzmocnienia szefa brygady Barone w Limbé. Murzyni umocnili się w zabudowaniach plantacji Grosset, przecinali dowozy do Marmelade, atakowali Limbę, którą chwilowo (27 IX) zajęli.

Po ich wyparciu, świeżo przybyłą kompanię polską umieszczono w okopach przed miastem od strony Marne. Murzyni zaatakowali to stanowisko (w nocy 14/15 X), zabrali działo, zmusili Polaków do cofania się ku Limbe. Strzelcy gwardii narodowej odrzucili Murzynów od bram miasta, odebrali działo. Powstańcy gotowali się do nowego uderzenia, gdy zjawił się gen. Leclerc, przeprowadzający inspekcję w pobliżu  i natarł sztabem i kompanią służbową dragonów na Murzynów, rozpraszając ich.

Najtragiczniejsze przeżycie przypadło 3. kompanii. Relacje francuskie niezupełnie zgadzają się z polskimi. Mianowicie, dowództwo francuskie, zaczynając od Naverreza, przez Thouvenot'a aż do gen. Bruneta, stwierdzało w licznych raportach, że dowodzący kompanią kpt. Antoni Sangowski (rodem z Mścisławia) dostał rozkaz z Borgne wzięcia udziału z 50 podkomendnymi w koncentrycznym natarciu (wspólnie z francuskimi oddziałami Achile’a i Calme’a) na zgrupowanie murzyńskie na wyżynie Margot, przy czym miejscem spotkania miała być plantacja Saint George, w której Polacy po stosownym umocnieniu mieli się zatrzymać.                    Natomiast J. F. Kierzkowski, zarówno w Pamiętnikach, jak i w nie wydanej wersji kórnickiej, rękopis 1524, utrzymuje, że to on był mimo rangi porucznika komendantem 3. kompanii okopanej w pobliżu forteczki Mallo (Molle); dostawszy rozkaz wysłania części kompanii na rekonesans, desygnował por. Sangowskiego, niezbyt roztropnego, dodając mu dobrego st. sierżanta Ruszkowskiego i dwóch przewodników.

Jakkolwiek trudno rozstrzygnąć spór co do rangi, to przecież bardziej prawdopodobna jest wersja francuska, która wielokrotnie powtarza stopień kapitański Sangowskiego; zresztą Klerzkowski piszący późno mógł się zasugerować faktem, że po śmierci Sangowskiego istotnie dowodził jako porucznik szczątkami tej kompanii; przeciw niemu też przemawia fakt, że podał st. sierżanta Ruszkowskiego w swych wspomnieniach wśród okrutnie zamordowanych, tymczasem to on właśnie wymknął się i sprowadził pomoc, za co został podporucznikiem w kompanii Kierzkowskiego (co ten powinien był pamiętać), i zmarł dopiero w Bari w 1803 r. Trzymając się więc raportów francuskich i przedśmiertnego zeznania Sangowskiego możemy stwierdzić, że ten, słabo władający językiem francuskim, był przekonany, że ma dotrzeć do Port Margot.

Błąd niewybaczalny polegał na tym, że Francuzi nie wyjaśnili z mapą w ręku, na czym polega zadanie, ograniczając się do dania dwóch zaufanych przewodników.

Polacy wyruszyli z ubezpieczeniem. Przodem posuwał się kapral Kierestyni z 8 żołnierzami i konnym przewodnikiem; potem szedł kpt. Sangowski z 31 legionistami, mając przy sobie drugiego przewodnika; marsz zamykał st. sierżant Ruszkowski z 8 żołnierzami. Gdy się zapuszczono w lasy, stracono kontakt ze strażą przednią. Wieczorem przewodnik doprowadził główny oddział do Saint George i uważając, że zadanie wypełnił, zamierzał się oddalić. Kpt. Sangowski przekonany, że został oszukany, zamiast oczekiwać tu według planu nadejścia pozostałych oddziałów francuskich, kazał natychmiast przewodnikowi prowadzić do Port Margot. Ten nie rozumiał, o co chodzi, zasłaniał się nieznajomością drogi, ale nastraszony poprowadził oddział dalej. Zapadający mrok zmusił ich do zatrzymania się w mało obronnej plantacji Dubrail (Didier). Marsz Polaków nie uszedł uwagi Murzynów, którzy nocą ściągnęli w pobliże znaczne siły. Gdy więc Polacy rankiem 21 września zapuścili się w lasy, by kontynuować marsz, zostali opadnięci przez przeważające oddziały powstańcze. Strzelanina trwała 4 godziny; najgorsze było, że Polacy — by się nie obciążać - wzięli tylko po 30 zamiast 60 nabojów; z faktu, że Polacy mieli tylko jednego rannego, można by wnosić, że walka ograniczyła się początkowo do wymiany strzałów. Kiedy amunicja zaczęła się kończyć, Sangowski zarządził odwrót, a podejrzewając przewodnika o zdradę kazał go zastrzelić, choć był to jeden z najbardziej oddanych kolonistom ludzi. Teraz zostali Polacy bez przewodnika i bez amunicji. Zamiast próbować przebić się bagnetem, podjęli pertraktacje z Murzynami, którzy obiecywali puścić Polaków wolno, byleby tylko złożyli broń. Umowy jednak nie dotrzymali. Polacy po poddaniu się i rozbrojeniu przez zwycięzców zaczęli być brutalnie traktowani. Wtedy to paru przezorniejszych uciekło w zarośla. Sam kpt. Sangowski zapadł się po szyję w jakimś bagnisku porosłym tatarakiem, podczas gdy              st. sierżant Ruszkowski z kolegą przez krzaki dotarli do poszukującej ich przedniej straży Kierestyniego. Tymczasem Murzyni poprzywiązywali do drzew pozostałych jeńców, po czym wśród pląsów i krzyków „uszy, nosy (im) obrzynali, oczy wydłubywali, a potem ogień im podkładali, jednym pod nogi, innym na plecach”.                    Kpt. Sangowski, zanurzony w bagnie po szyję, obserwował z przerażeniem okrutną śmierć podkomendnych, drżąc by go Murzyni nie wypatrzyli.

Na skutek alarmu wyruszył z pomocą Naverrez z 55 Francuzami z 86. półbrygady liniowej, a od forteczki Mallo (Molle) por. Kierzkowski poprzedzając kilka kompanii francuskich. Murzyni widząc zbliżające się oddziały uciekli w popłochu, pozostawiając nieżywe ofiary.                                                                                            Uratowano 4 legionistów na plantacji Dubrail oraz kpt. Sangowskiego, który na skutek długiego siedzenia w bagnisku dostał zapalenia płuc. Przewieziony do szpitala w Borgne zmarł wkrótce (pozostawiając obszerne wyjaśnienie), unikając sądu wojennego za wygubienie oddziału i rozstrzelanie niewinnego przewodnika. Dowództwo francuskie w Gros Morne (24 IX) składało w raporcie do szefa sztabu gen. Dugua całą odpowiedzialność na Sangowskiego, bo nie trzymał się instrukcji, a przez „nieudolność i tchórzostwo” utracił 40 (faktycznie 35) żołnierzy i 50 karabinów oraz kazał zastrzelić wiernego Francuzom przewodnika. W istocie rzeczy niemałą winę ponosiło dowództwo francuskie (Naverrez) za niedoinformowanie dowódcy. Epizod ten obszerniej opisano, gdyż dobitnie maluje on trudności, jakie napotykali w swym działaniu polscy oficerowie na San Domingo, w przeważającej mierze nie znający języka francuskiego ani miejscowego. Wykazuje on też nieprzygotowanie do tej górsko-leśnej „małej wojny” znakomitych w akcjach regularnych legionistów naddunajskich.

Naverrez po drodze z tej jakże tragicznej plantacji spotkał oddziały powstańcze François i Hectora.

26 września nastąpiła dość niespodziewana zmiana stanowiska szefa batalionu Naverreza wobec Polaków; wycofał większość zarzutów i zapowiadał, że nie opuści Borgne, „póki nie wydusi drobnych grup brygantów ukrywających się w okolicznych lasach”. Domagał się jedynie 2 oficerów francuskich, mogących pełnić funkcję łączników z oddziałami polskimi; najchętniej do każdego oddziału polskiego przydzieliłby oficera francuskiego, ale nie było ich tylu wolnych. Domagał się 800 par butów dla swej komendy, gdyż jej akcje w górach i lasach powodują szybkie ich niszczenie. Planował oczyszczenie z „brygantów” okolic Jolicoeur - La Chapelle, wysłanie dwóch kolumn do Saint Louis, przy czym połowę żołnierzy mieli stanowić Polacy.

Z rozkazów szefa sztabu Thouvenota (5 X) widać, że w Gros Morne pozostawiono niewielki garnizon pod dowództwem komendanta placu Marchanda, kierując 370 zebranych żołnierzy w teren (6 X). Ściągnięto do tej wyprawy 103 Francuzów z Gonaïvels oraz 173 Polaków, resztę stanowiły tworzone na wyspie oddziały żuawów (piechoty lekkiej) i guidów (przewodników).

Żołnierze dostali po 60 nabojów i żywność na 5 dni. Zadziwia lekkomyślne rozpraszanie siły, gdyż ruszono w kierunku Marmelade w 4 kolumnach: szefa batalionu Pawła Prań (65 żołnierzy w tym 35 Polaków), szefa brygady Magny (80, w tym 30 Polaków), szefa batalionu F. Grabskiego (81, w tym 20 Polaków), gen. Bruneta (144, w tym 91 Polaków).

Akcji nie ukończono wobec przejścia 17 października oddziałów kolonialnych prawej dywizji północnej do powstańców. Gen. Dessalines uzgodniwszy to posunięcie z mulackim gen. Pétionem z Verrettes, zaatakował Gonaîves (22 X 1802), bronione przez szefa francuskiej 5. półbrygady lekkiej, który musiał ewakuować się z garnizonem morzem.

O przejściu gen. Dessalines’a do powstania dowiedziano się w Cap, na skutek odległości i złej łączności, dopiero 19 października. Warto przypomnieć, co miesiąc wcześniej (16 IX) pisał Leclerc do pierwszego konsula: „Dessalines jest obecnie rzeźnikiem czarnych. Za jego pośrednictwem wykonuję wszystkie wstrętne zarządzenia”. Dowódca prawej dywizji północnej gen. Brunet, a więc bezpośrednio zainteresowany, zaabsorbowany walkami w górach, które prowadził na pograniczu departamentów Północnego i Zachodniego, dowiedział się o tym fakcie o wiele później, gdyż jeszcze 20 października zwierzał się naczelnemu wodzowi, że „nie ma ślepej ufności do Dessalines’a, ale chodzi o to, by generałowie murzyńscy nie czuli się zagrożeni”.

Do powstania zgłosił akces gen. Paweł Louverture, zajmujący równinę Artibonite, przystąpił i gen. Christophe, operujący ostatnio koło Port de Paix. Sytuacja tego ostatniego umocnionego portu była trudna. Murzyński jego komendant gen. Maurepas, wierny Francji, podjął wyprawę pacyfikacyjną w góry, więc załoga Port de Paix była mocno osłabiona. W szpitalu było 112 rannych i chorych, w tym 35 Polaków. Dostępu do miasta broniły wysunięte posterunki, obsadzone przez 663 Francuzów i 101 Polaków. Uderzało ich rozdrobnienie. Np. Polaków widzimy w Mome aux Pères (10 żoł.), w Port Pagiot (22 żoł.) w Petit Fort (3 żoł.), w blokhauzie (15 żoł.), w Le Géole (15 żoł.), w Rernedoux (22 żoł.), w Ambulins (5 żoł.). Trudno było się łudzić, by tak słabe posterunki mogły stawić poważniejszy opór znacznej sile Christophe’a, który w dodatku uciekał się do podstępu.

Nocą 17/18 października przybył on osobiście do wysuniętej placówki 7. kompanii pod por. L. Pretwiczem, żądając dania mu eskorty dla spotkania się z gen. Dessalines’em. Por. Pretwicz nie miał powodu podejrzewać o zdradę generała ubranego w mundur francuski i znanego z lojalności. Udał się więc z nim i częścią swoich podkomendnych. Christophe zalecił najcichszy marsz, zabronił strzelać. W pewnym momencie idący przodem podoficer z 4 legionistami zaraportował, że dostrzega uzbrojonych Murzynów. „To Dessalines", odpowiedział Christophe i zaczął wymachiwać białą chustą. Murzyni podbiegli, a na ich czele „nagus, który miał uwiązane szlify u szyi”. Wykrzykiwali: „Vive le général Christophe!”, obcałowując go po rękach. Polaków chcieli wymordować, ale Christophe polecił ich tylko rozbroić. Nazajutrz obiecał wypuścić Polaków, jeżeli gen. Leclerc odeśle mu murzyńską orkiestrę z Cap. Por. Pretwicz wysłał z tą propozycją jednego z legionistów do Cap Français, ale w dowództwie francuskim nie chciano słyszeć o takiej zamianie. Orkiestra była potrzebna do często organizowanych zabaw i koncertów. To przesądziło smutny los Polaków wziętych do niewoli.

W czasie tych zajść kilku grenadierów III batalionu wraz z por. Feliksem Madeyskim dostało się do niewoli i „zostali między deskami osadzeni i wzdłuż przerżnięci” .

Gen. Brunet próbował ratować sytuację koncentrując w Borgne (22 X 1802) 73 oficerów i 1366 żołnierzy, wśród nich znajdowało się 2 oficerów polskich i 65 żołnierzy; w szpitalach przebywało 194 wojskowych. Sporo oddziałów było w terenie. Niepewny, jak się zachowa gen. murzyński Maurepas, wracający z wyprawy w góry do Port de Paix, nakazał mu (18 X) zaokrętować się z kolonialną załogą do Cap Français. Pozwoliło to zająć okresowo miasto Port de Paix generałowi Christophe, dając powstańcom wartościowe magazyny i 50 tys. funtów prochu. Gen. Maurepas z podkomendnymi został źle przyjęty w Cap. Podejrzany o związki z powstańcami został uwięziony, a potem bez sądu z rodziną stracony, podobnie jak żona i czworo dzieci gen. Pawła Louverture’a. Żołnierzy kolorowych z batalionów kolonialnych z Cap        i Port de Paix potopiono w morzu. Trupy ich długo pływały po zatoce budząc zrozumiałą grozę wśród mieszkańców Cap Français. Powstańcy w odwecie wymordowali wziętych zakładników u bram miasta.

Wysłana morzem z Cap ekspedycja po dwudniowych walkach odzyskała Port de Paix.

Już w połowie października nadszedł rozkaz z Cap Français, by resztki III batalionu polskiego przesłać tam dla połączenia ze szczątkami I batalionu polskiego, który tak ofiarnie walczył w obronie stolicy wyspy (Cap Français). Ale w ówczesnych trudnych warunkach prawej dywizji północnej niełatwo było ten rozkaz przeprowadzić. Szef batalionu Naverrez (15 X) biadał nad osłabieniem sił dywizji przez żółtą febrę i straty w walkach, rozrzucone posterunki polskie ściągał powoli do Borgne (m.in. z leżących na zachód plantacji Depis i Letant), by je wyprawić morzem do Cap. Nie powstrzymał się od złośliwej uwagi, że gdyby im kazać maszerować przez góry, spotkałby je los oddziału Sangowskiego.

Wiemy, że z Borgne, odpłynęło co najmniej 313 Polaków, zresztą po utracie Port de Paix trzeba było i Borgne ewakuować.

Pamiętnikarz - podówczas por. 3. kompanii J. F. Kierzkowski - stwierdza, że z uratowanych można było utworzyć ledwie dwie kompanie (więc ok. 200 ludzi) w cytadeli Petite Anse - pod Cap. W zestawieniu siły III batalionu polskiego z 9 listopada podawano już tylko 96 oficerów i żołnierzy pod bronią oraz 180 w szpitalach Małej Zatoki, w dwa tygodnie zaś potem 98 ludzi pełniących służbę i 178 chorych.

Rozkazem dziennym  armii z Cap 1 grudnia 1802 r. III batalion polski został wcielony do 31. francuskiej półbrygady liniowej.

Skoro zaś i ta została unicestwiona, połączył się ze szczątkami I batalionu w 7. francuskiej półbrygadzie liniowej (23 II 1803). Nie wiadomo, czy na skutek indywidualnych starań, czy też na skutek rozproszenia oddziałów, widzimy kilku oficerów III batalionu przydzielonych do II batalionu, m. in.: (od 23 IX 1802) adiutanta majora P. B. Wierzbickiego, kpt. W. Kobylańskiego (2. kompania), por. J. Hermainowicza (4. kompania), ppor. S. Swierczyńskiego (7. kompania).