Wyprawa morska na Haiti 1803, wspomnienia z okrętu le Fougueux

Artur Oppman, Na San Domingo Obrazy i Wspomnienia, Warszawa, 1917

Z początkiem 1802 roku rzeczona półbrygada rozłożona była w departamentach Crostolo, Panaro i Reno. Pierwszy batalion stał w Reggio, 2-gi w Modenie, 3-ci wraz ze sztabem półbrygady w Bolonii; tamże znajdowała się również główna kwa­tera dywizyi. Od końca maja cała półbrygada zgro­madzona była w mieście Reggio, kiedy 3-go gru­dnia przyszedł rozkaz od generała Murata, ażeby miała się w pogotowiu do marszu. Rozkaz ten wprost przysłany szefowi brygady Aksamitowskiemu bez poprzedniego zawiadomienia o tem rządu rzeczypospolitej włoskiej.

Dnia 6-go grudnia Po­lacy już byli gotowi do marszu, tego samego dnia Aksamitowski wezwany został do Parmy, gdzie zjechał sam Murat, a generał Ottavio za oddziel­nym rozkazem generała Pino przybył do Reggio dla zrobienia przeglądu półbrygady, wydania jej rozporządzeń potrzebnych i karty podróżnej do Ge­nui.

W tymże czasie rozeszła się wieść, iż Polacy są przeznaczeni do San-Domingo! Nadszedł na koniec dzień 10 grudnia 1802 roku, przeznaczony do pochodu. W wigilię dnia tego Aksamitowski, po­wróciwszy z Parmy wieczorem, ogłosił, że generał Murat czeka na przybycie drugiej półbrygady, któ­rej przegląd osobiście chce zrobić.

Wymaszerowali na koniec Polacy z Reggio i nazajutrz o godzinie 8-ej z rana weszli do miasta Parmy. Kiedy przednia straż jedną wchodziła bramą, drugą Mu­rat do Mantui wyjeżdżał. Druga półbrygada tym­czasem uszykowała się na placu wielkiej przechadzki naprzeciwko książęcego zamku. Wnet po­tem przybył adjutant naczelnego wodza z ekspedycyą do szefa półbrygady, Aksamitowskiego, który zgromadzonym oficerom przeczytał co następuje: „Pierwszy konsul, nagradzając zasługi i czyny waleczne drugiej półbrygady włoskiej, wciela ją do wielkiego wojska francuskiego, nadając jaj Nr. 114-ej półbrygady liniowej francuskiej; a chcąc ją do dalszych podobnych czynów zachęcić, przeinacza ją do San-Domingo, gdzie zawsze najbar­dziej odznaczające się pułki francuskie za nagrodę wysyłane bywały. Na koniec, skoro tylko 114-ta półbrygada stanie na miejscu przeznaczenia swojego, oficerowie i żołnierze zostaną naturalizowanymi sy­nami Francyi, z używalnością wszelkich praw i przy­wilejów obywateli francuskich".

Po odczytaniu tego postanowienia, „Niech żyje pierwszy konsul!" wykrzyknęli wszyscy, poczem półbrygada udała się do koszar. Gdy pierwszy szał przeminął, a zimna nastąpiła rozwaga, oma­mienie znikło i naga rzeczywistość przed oczami stanęła. Już wiadomym był los, jaki spotkał 113-tą półbrygadę na wyspie San-Domingo, nie tajemne więc było każdemu co go czeka.

Dnia 11 grudnia 1802 roku 114-ta półbrygada wyruszyła z Parmy. Lecz skoro wyszła za miasto, przyłączył się do niej pułk strzelców konnych fran­cuskich, z 400 ludzi złożony, który, podzieliwszy się na przednią i tylną straż, dostał rozkaz eskor­towaniu Polaków. Ten postępek dotknął wszyst­kich do żywego, był bowiem oznaką niedowierzania, na które nie zasługiwali bynajmniej ci, którzy tyle dowodów wierności i poświęcenia ciągle da­wali Francuzom.

23 grudnia 114-ta półbrygada przymaszerowała do miasta Novi, gdzie otrzymała rozkaz za­trzymania się, dopóki w Genui przygotowania do przeprawy ukończone nie będą.

Skąd wyruszyw­szy, 30 grudnia przybyła do Genui i zajęła obszerne zabudowania kwarantanny, lazaretto zwa­ne, leżące pomiędzy morzem a przedmieściem Albano.

6 stycznia 1803 roku, podczas gdy półbrygada odbywała przegląd przed generałem Gardanne, naczelnie dowodzącym w Liguryi, zawinęły do genueńskiego portu trzy okręty liniowe, które, przywitawszy zwyczajną salwą miasto Genuę, na któ­rą gdy ogniem działowym z nadbrzeżnych szańców odpowiedziano, wywiesiły banderę francuską. Była to eskadra pod dowództwem kontradmirała Bedout z Brest wysłana, a przeznaczona do San-Domingo.

Piętnaście dni upłynęło na przygotowaniach do przeprawy i na zrobieniu dostatecznego zapasu żywności i wody Przez ten czas ukończono obra­chunki półbrygady 114-ej z rządem włoskim, spra­wiono dla oficerów i żołnierzy ubiory z kitlu dre­lichowego kolorowe koszule, mundury zaś i broń w pakach przetransportowano na okręty.

Szef półbrygady, Aksamitowski, otrzymał tymczasem rozkaz zostania we Francyi i utworzenia zakładu z żołnierzy mniej zdatnych do morskiej podróży i wojennych trudów; chcąc jednak takowy zakład zapełnić, przymusu użyć musiał, gdyż żaden podoficer ani żołnierz nie chciał pozostać we Francyi, każdy chciał z braćmi swoimi dzielić dobre i złe koleje; chorzy nawet i ranni opuszczali szpi­tale, cisnęli się na okręty, wołając, że chcą do San-Domingo płynąć.

Dzień 20 stycznia 1803 roku naznaczonym został przez kontradmirała Bedout do wsiadania na okrę­ty, a tysiące ludu, okrywając nadbrzeża przystani, świadkami byli, z jaką uległością, z jakim porząd­kiem, poświęceniem się, bez najmniejszego szemra­nia, Polacy opuszczał ziemię, którą mała ich tylko liczba jeszcze oglądać miała.

21 stycznia ogłoszono rozkazem dziennym, iż generał Aksamitowski, za upoważnieniem naczel­nego wodza, zostaje w Europie z niektórymi człon­kami rady gospodarczej, utworzonej przez niego w celu odebrania od rządu włoskiego zaległości żołdu dla 114-ej półbrygady. Poczem Aksamitowski, zdawszy dowództwo szefowi batalionu, Zagórskie­mu, pożegnał się z nami, a my z owym zaległym żołdem, którego już więcej oglądać nie mieliśmy.

Tegoż samego dnia wypłynął z genueńskiej przy­stani okręt liniowy le IIeros, o 74 działach, przewożący siedem kompanii drugiego batalionu pod dowództwem Jasińskiego; za nim szedł okręt Argonaute, także o 74 działach, z banderą Lontradrmralską, na którym znajdował się generał Spital, dowódca wyprawy, Zagórski, zastępca szefa półbrygady, sztab, muzyka i siedem kompanii z trze­ciego batalionu pod dowództwem kapitana Tyssona. Dalej okręt o 74 działach le Fougueux z siedmiu kompaniami pierwszego batalionu, pod dowództwem Kazimierza Małachowskiego; za nim fregata la Pique, o 36-iu działach, z dwoma kompaniami; fregata także o 36-iu działach, la Sagesse, z jedną kompanią i okręt przewozowy la Serpen­tine, naładowany żywnością.

Zaraz po wypłynięciu z przystani gwałtowna bu­rza w różne kierunki rozpędziła flotę. Dnia 26 stycznia morze uspokoiło się cokolwiek, a nazajutrz okręt liniowy le Fougueux, odłączony od reszty eskadry, sam jeden płynął ku brzegom Hiszpanii, pomiędzy Katalonią, Walencyą a Balearskiemi wy­spami. Pominąwszy przylądek Gates, już się do cieśniny Gibraltarskiej zbliżał, do której przebycia wiatr, lubo pomyślny, nie był dosyć silnym. Pięć dni minęło, mm okręt le Fougueux zdołał cieśninę przebyć. Przez ten czas malownicze widoki roz­wijały się przed oczami ziomków moich. Z jednej strony miasta i zatoka Algeziras, gdzie portugalska flota na kotwicach stała, dalej miasto, przystań i warownia Gibraltaru, u której nóg, na równinie świętego Rocha, załoga angielska odbywała woj­skowe ćwiczenia; z drugiej zaś strony skaliste wy­brzeża Afryki, królestwo Fezu, Małpia góra, zatoka i twierdza Ceuta, do Hiszpanii należąca.

27 stycznia le Fougueux przepłynął cieśninę, nie widząc reszty floty; kapitan okrętu mniemał, że go o kilkanaście godzin wyprzedziła, korzystając z pomyślnego wiatru, przed nim cieśninę przebyła i na ocean wpłynęła. Poczem z powodu, że rząd francuski w nieporozumieniu zostawał z Anglią za niedotrzymanie zobowiązań traktatu zawar­tego w Amiens, wiedząc, że lada chwila rozpoczną się nieprzyjacielskie kroki, rozkazał, aby wszystko było w pogotowiu do boju. Otworzono na okręcie strzelnicę, zatoczono działa, amunicyę w składach prochowych przygotowano, załoga zaś wraz z artyleryą morską codziennie na pokładach odbywała manewry.

Siódmego dnia po przebyciu cieśniny nastąpiła cisza na morzu, poczerń nazajutrz między godziną 10-tą i 11-tą przed północą zerwał się wiatr gwałtowny północno-wschodni. Okręt pruł szybko oceanu wody blisko brzegów Afryki, kierując się potem ku zachodowi pomiędzy Maderą a wyspami Kanaryjskiemu, obok wyspy Teneryfy przepłynął, na której łatwo dostrzec można było wierzchołek góry pic de Teneriffe zwanej.

Od tej chwili zmierzając ku zwrotnikowi raka, podróż coraz się przyjemniejszą stawała z powo­du umiarkowanych wiatrów, wiejących ciągle od wschodu. Skoro tylko okręt le Fougueux wstąpił w skwar­ną strefę, kapitan rozkazał porozciągać żagle ponad pokładem dla zasłonięcia ludzi od upałów słonecznych. Znając z doświadczenia szybkość biegu swo­jego okrętu, płynął nadzwyczajnym pędem po linii zwrotnikowej, a gdy pomimo tego nie spostrzegał reszty floty, wtedy dopiero przekonał się, iż w tyle za nim pozostać musiała jeszcze na Śródziemnym morzu. Wtedy kapitan, odosobniony od dowódcy eskadry, zostawszy sam jeden panem swojej woli, kazał wydawać żołnierzom po całej porcyi żywności, która dotąd, stosownie do rozporządzenia kontr­admirała, w trzech częściach tylko wydawana była.

Wesołą była chwila przepływu przez linię zwrot­nika. W tym dniu dozwolono majtkom różnych zabaw i odbyto chrzest Neptuna. Pod samą linią zwrotnika spostrzeżono wielką liczbę ryb, unoszą­cych się ponad powierzchnią wody za pomocą skrzeli, jak gdyby latały, łowiono także wędami ry­by galera zwane, bardzo delikatnego smaku. Po­między wieloma innymi gatunkami ryb, znajdującymi się pod linią zwrotnikową, jest tak nazwana la do­rade, wydająca się w morzu jakby najdroższymi wysadzana kamieniami, złotem i srebrem; wyciąg­nięta z wody, siedem przybiera kolorów, po zabi­ciu staje się fioletową i jest dobra do jedzenia.

Pomiędzy morskimi rybami jest wiele szkodli­wych, którymi łatwo się otruć można, od czego chcąc się ustrzec, trzeba wrzucić w rondel, w któ­rym się ryba gotuje, jakikolwiek kawałek srebra, który skoro sczernieje, jest to dowodem, że ryba jest jadowita i jeść jej nie można.

Po przepłynięciu przez linię zwrotnika, okręt otoczony został rośliną wodną, podobną do winnego grona, która ciągnie się pasmami na pół mili długiemi. Powiadają, że pokazanie się tej rośliny zwia­stuje bliskość lądu, czego doświadczył okręt le Fou­gueux, gdyż tego samego dnia, to jest 11 marca 1803 r., przed wieczorem spostrzeżono wierzchołek góry i poznano przylądek Samana, czyli wyspę San-Domingo.