I Batalion Michała Gabriela Wodzyńskiego

Na podstawie Jan Pachoński, Polacy na Antylach i morzu karaibskim, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1979 r.

I batalion polski włączono do kolonialnej brygady Mulata gen. A. Clervaux, który jako uczestnik sądu wojennego nad Bélairem cieszył się pełnym zaufaniem francuskiego dowództwa. Miał on pod swymi rozkazami 10., 13. i część 6. półbrygady kolonialnej. Wspierały go też oddziały gwardii narodowej Cap pod Toussardem. Na nalegania dowódcy prawej dywizji północnej gen. dyw. J. Bruneta i jego szefa sztabu Thouvenota, by mniej zaangażowana w walkach z powstańcami lewa dywizja północna wsparła prawą, gen. Leclerc zarządził wysłanie na pomoc brygady Clervaux.

Na skutek tego 2. kompania I batalionu pod dowództwem por. Jana Rogalińskiego oraz 5. kompania kpt. Jana Bukowskiego wzięły udział w akcji na Dondon, w czasie której por. Rogaliński poległ (27 IX), zaś ppor. Bobrowski dostał się do niewoli, a 30 września ppor. 5. kompanii Leon Szyszkowski został postrzelony w ramię.

Stosunkowo obronną ręką wyszła 4. kompania I batalionu 25-letniego kpt. Feliksa Grotowskiego z Krakowa z por. Józefem Dziubińskim i ppor. Antonim Stanisławskim. Skierowano ją z transportem żywności do Marmelade, gdzie był 250-osobowy oddział szefa batalionu Chataignera. Miasteczko było oblężone przez Kongosów krwawego Scylii, który nie dawał pardonu Francuzom i ich sympatykom. Kpt. Grotowskiemu udało się przedostać z transportem do Marmelade. Wraz z Chataignerem doszli do wniosku, że za słabi są, by miasteczko obronić, ale wobec wzmożonej czujności Kongosów i wycofanie się z niego nastręczało trudności.

Kpt. Grotowski wysłał do Scylii jednego z ujętych Kongosów z propozycją, że pozostawi mu magazyny, jeżeli oblegający odsuną się o milę dla umożliwienia wycofania się. Scylla odczuwający brak żywności, złakomił się na zapasy, licząc, że i tak dopadnie wycofujących się. Ale z Marmelade wysłano również wiernego Murzyna  do gen. Bruneta o zorganizowanie odsieczy. Natknęła się ona na oddziały Chataignera i Grotowskiego niebawem po opuszczeniu przez nich Marmelade (6 X). Trudna do sprawdzenia jest wersja Luxa i Wierzbickiego, że Francuzi zajęli z powrotem miasteczko. W akcji tej bowiem już nie uczestniczył kpt. Grotowski, który śladem 2. i 5. kompanii skierował się do Acul. W Acul zebrała się cała brygada Clervaux (7 X), po czym powróciła do Haut Cap.

W Acul zebrała się cała brygada Clervaux (7 X), po czym powróciła do Haut Cap.

Wielkim zaskoczeniem dla Polaków było przejście obu brygad mulackich Pétiona i Clervaux do powstania nocą z 13/14 października, a więc w parę dni po powrocie. Siły ich były oceniane na 2500 żołnierzy, co podnosiło liczebność powstańców w departamencie Północnym do 15 000.                                                                           

I batalion Wodzińskiego był na tyle czujny, że nie dał się zaskoczyć i zabarykadował się w kościele. Szef Wodziński doszedł jednak do wniosku, że rankiem mogą nadejść powstańcom posiłki, a gdy amunicja wyczerpie się, czeka Polaków zguba. Zarządził więc przebicie się przez otaczający pierścień. Udało mu się to po zaciętej walce, przy czym Polacy stracili stukilkudziesięciu zabitych, rannych i wziętych do niewoli. Ale zdołali osiągnąć Fort Jeantót pod Cap, którym dowodził szef                    7. francuskiej półbrygady liniowej Anhouil, mający pod rozkazami szczątki swej półbrygady oraz oddział kpt. Pegota z 11. półbrygady liniowej.

 

Powstańcy nadciągnęli pod Fort Jeantót nocą 17 października. Udało im się zająć Mome de Pierre Michel. Ale odparcie 7 ataków na Fort Jeantót, co stanowiło zasługę przede wszystkim Polaków, a także zdecydowana postawa sąsiedniego Fort Crête de Mome, zmusiły ich do zrezygnowania z planowanego uderzenia na samo Cap.      O tym, że sytuacja w mieście była poważna, świadczą plany ewakuacji francuskich kobiet i dzieci, które zgrupowano z podręcznym bagażem na eskadrze, spodziewając się walk o miasto. Francuzi z Polakami odbili zresztą Mome de Pierre Michel. Powstańcy ponieśli w akcji znaczne straty, a nie mogli pochwalić się większymi siukcesami. Niemniej gen. Leclerc obawiał się, że zły przykład pociągnie i inne odziały kolorowe, dlatego nakazał rozbroić jednostki kolonialne z garnizonu Cap.

26 października powstańcy próbowali ponownie zaskoczyć Cap Français. Nie powiodło się to, ale obrońcy przeżyli ciężkie chwile. Gen. Clauzel rzucił do boju brygadę gen. Piotra F. J. Boyera (od 16 X szef sztabu generalnego). Centrum zajęły dwa bataliony kolonialne, które jeszcze nie przeszły do powstania. Na jednym skrzydle był batalion francuski 98. półbrygady liniowej, na drugim I batalion polski, który jeszcze liczył 22 oficerów (2 nieobecnych) oraz 642 podoficerów i żołnierzy (nie licząc jednego w Zakładzie i 71 w szpitalu).

Po pierwszej gorącej wymianie strzałów dwa środkowe bataliony kolonialne zaczęły ostrzeliwać Francuzów i Polaków. Zdaje się, że wtedy zginął szef I batalionu Michał Gabriel Wodziński.

Francuzi z rannym gen. bryg. Franciszkiem Héninem pospiesznie wycofali się do Fortu Petite Anse. Z I batalionu zostały odcięte trzy kompanie pod dowództwem kpt. Franciszka Krzyszkowskiego. Z listy strat można wnosić, że były to kompanie 5., 7. i 8. Polacy schronili się w samotnie stojącym budynku i póki starczyło nabojów, trzymali Murzynów na dystans. Gdy wyczerpała się amunicja, Murzyni podpalili budynek, w którym spłonęli obrońcy. Z oficerów zginęli tu z 7. kompanii kpt. Krzyszkowski, z 8. kompanii por. Karol Moskorzewski i jego brat.

Na niedobitki I batalionu polskiego wycofanego do Cap spadła z kolei klęska żółtej febry. Wspaniała kompania grenadierów kpt. Józefa Rembowskiego - o której mówiono, że „tak pięknej młodzieży Francuzi nie mieli” — niebawem, jak piszą Lux i Wierzbicki, „poszła w przednią straż do nieśmiertelnego Królestwa”.

Żółta febra nie oszczędziła także fizylierów: zmarł por. Antoni Siemaszko (6. kompania). Z zestawień armii kolonialnej Leclerca - niezbyt ścisłych, ale dających przybliżone liczby - widzimy, że I batalion polski lądując (2 IX) liczył 984 ludzi, z czego wg gen. Clauzela (w piśmie do gen. Bruneta) pod bronią było ok. 600. W drugiej połowie października podano w sprawozdaniach, że w Haut du Cap było 4 oficerów polskich i 126 żołnierzy (chorych w szpitalu 114), w La Petite Anse 3 oficerów i 14 żołnierzy (w szpitalu aż 227).

W wykazie z 3 listopada 1802 r. przyjmowano w sztabie generalnym armii obecność w departamencie Północnym 150 Polaków pod bronią. Z końcem tegoż miesiąca w I batalionie nie było zdaniem Luxa i Wierzbickiego więcej jak 80 ludzi. Wtedy to niektórych oficerów przerzucono do silnego jeszcze II batalionu. Byli to m. in. kpt. Godlewski (2. kompania), porucznicy Wincenty Świniarski (3. kompania) i Józef Dziubiński (4. kompania), ppor. Leon Szyszkowski i Bobrowski (5. kompania), pozostali oficerowie, podoficerowie i żołnierze I batalionu polskiego oraz batalionu 98. francuskiej półbrygady liniowej zostali wcieleni rozkazem dziennym armii z Cap 1 grudnia 1802 r. do 74. półbrygady liniowej, której dowództwo objął szef zniszczonej 98. półbrygady. Dochowało się zestawienie z 23 września 1803 r. świadczące, że w tym czasie żyło jeszcze 6 oficerów i 14 żołnierzy I batalionu byłej 3. półbrygady polskiej.