I Kolumna Pacyfikacyjna 1803 r.

Na podstawie Jan Pachoński, Polacy na Antylach i morzu karaibskim, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1979 r.

Część oficerów polskich dostała zezwolenie 9 marca zejścia z okrętu na oględziny miasta. Bogate niegdyś Cap teraz w dużej części zburzone i spalone przedstawiało żałosny widok. W stanie używalności zachował się jedynie pałac rządowy, arsenał i trochę domów przy porcie, gdzie mieściły się sklepy, 4 kawiarnie i apteka. Ppor. Weygiel, nieświadom, że ma przed sobą tylko 3 tygodnie życia71, wyznawał przyjacielowi, ,,że gdyby ten kraj był spokojny, przeszedłby prawie wszystkie europejskie w piękności kobiet, urodzajach i lasach”.

Sprawy finansowe i aprowizacyjne lądujących układały się dobrze. Polaków powiadomiono, że dostaną pobory o 50% wyższe (z dodatkiem kolonialnym), „dochodził stół darmowy na kwaterze”. Racje żołnierskie były wartości 1,70 fr zawierając 24 łuty chleba, 8 mięsa, 4 jarzyn lub ryżu, do tego 1/2 pinta (pint — pół kwarty; ang. miara cieczy i ciał sypkich — 0,568 1; amer, miara cieczy — 0,473 1) wina (w baryłkach na 480 racji) i 1/30 funta soli. Zresztą z wypłacanego — początkowo dość regularnie — żołdu można było zaspokoić wyszukane zachcianki podniebienia 72. Polacy z wielkim zainteresowaniem przyglądali się przygotowaniom do wyprawy pacyfikacyjnej na wyspę Tortugę. Miano w niej użyć pięć francuskich kompanii regularnych i 500 gwardzistów narodowych, wysyłanych na pokładzie „L’Intrépide”. Brali oni ze sobą 25 specjalnie tresowanych na Kubie dogów do atakowania Murzynów.

Według otrzymanego rozkazu Małachowski popłynął 10 marca rano z Cap Français do Tiburon.

Po czterodniowej żegludze „Le Fougeux”, którym płynęła większość I batalionu, osiągnął wejście do zatoki (13 III). Niepomyślne wiatry nie pozwoliły mu jednak wpłynąć do portu. Małachowski dostał się szaluipą na ląd, gdzie od komendanta placu dowiedział się, że musi skomunikować się z gen. Józefem D’Arbois de Jubainville w Jérémie. Wobec tego zwrócił się doń po rozkazy i dnia następnego dostał polecenie opuszczenia liniowca i przerzucenia swego batalionu małymi przybrzeżnymi statkami do Jérémie. Wykonanie rozkazu ułatwiła chwilowa zmiana wiatru, która pozwoliła „Le Fougeux” wpłynąć do portu.

Wypłynięto nocą na kilkunastu stateczkach (14/15 III) i w południe 16 marca flotylla dotarła do Jérémie. Gen. D’Arbois wezwał do siebie Małachowskiego i zawiadomił go, że tymczasem plan uległ zmianie. Polecił mu pozostawić w Jérémie chorych i bagaże, a 4. kompanię kpt. Oświęcimskiego z por. Zalewskim (ppor. Weygiela zatrzymano przy batalionie) z 100 żołnierzami polskimi skierował w charakterze załogi do Corail, osłaniającego Jérémie od strony gór. Pozostałym sześciu kompaniom kazał zawrócić do Tiburon, gdzie miał się z nimi połączyć i podjąć wyprawę przeciw powstańcom. Brak jasnego planu i niepotrzebne trudzenie żołnierzy żeglugą przed niebezpieczną wyprawą nie świadczyło dobrze o dowódcy.

Małachowski znalazł się w Tiburon po dwóch dniach. Nie zastał już „Le Fougeux”. Stwierdził, że port jest broniony prymitywnymi fortyfikacjami (okopami) wzdłuż przybrzeżnych wzniesień. Obronę ich powierzono 19 lutego Polakom z 3. półbrygady (2 oficerów i 63 żołnierzy), wspieranym przez miejscową gwardię narodową. Na skutek żółtej febry zmarła większość załogi; zastano jeszcze ppor. Orlewskiego z 2 żołnierzami pod bronią i 14 ciężko chorymi, którzy wnet pomarli. Uratowanych włączono do 114. półbrygady.

19 marca nadciągnął do Tiburon gen. D’Arbois z 200 strzelcami krajowymi i 2 działami kalibru 3°. Po przeprowadzeniu przeglądu postanowił wzmocnić okopy przez obsadzenie reduty, w której umiesizczono 8 dział. Odkomenderowanie 3. kompanii kpt. Szpillera z ppor. Iwaszkiewiczem, w której było sporo dawnych artylerzystów legionowych, mających za sobą oblężenie Mantui, zapewniło obsługę dział. Do składu tej kompanii dodano dwóch oficerów 3. półbrygady polskiej: por. Pomorskiego i ppor. Orlewskiego. Niestety dowódca, wyborny artylerzysta, Szpiller zmarł na żółtą febrę już 18 maja.

Pozostałych pięć kompanii (grenadierska, 1., 5., 6., 8.) miało wziąć udział w wyprawie na równinę Torbeck; cztery z nich zostały zasilone oficerami z 3. półbrygady polskiej.

Gen. D’Arbois mając ze sobą około tysiąca żołnierzy t francuskich i polskich orasz gwardzistów narodowych z Jérémie i Tiburon, wraz z 2 lekkimi działkami, dał rozkaz wymarszu 26 marca o godzinie 3. Polacy mieli komplikacje z umundurowaniem. Jedni chcieli występować w lekkich strojach kolonialnych, większość pragnęła jednak, mimo gorąca, utrzymać przynajmniej kurtki i czapki polskie; natomiast dowództwo nalegało, by ze względu na chłodne noce, a czasem konieczność spania na wilgotnej ziemi, zabierać ze sobą płaszcze, których żołnierze nie chcieli dźwigać. Kłopoty te występowały we wszystkich batalionach, jakkolwiek mamy dowody, że do końca utrzymano kurtki w połączeniu z lekkimi spodniami kolonialnymi.

W pierwszym dniu marszu na tę jakże niebezpieczną wyprawę Polacy „nie mogli nacieszyć się widokiem rozmaitych i niezliczonych roślin, odmiennych zupełnie od europejskich”. Lux i Wierzbicki zachwycają się „lasami dziko rosnących pomarańcz różnego rodzaju, cytryn i tysięcznych innych drzew owocowych, których smak wyborny do żadnego z europejskich owoców porównać nie można”. Nikt nie przeczuwał całej zdradliwości tej wspaniałej, egzotycznej roślinności. Jako pierwszy ofiarą jej padł młody ppor. 1. kompanii Józef Bergonzoni, który „po najedzeniu się w wielkiej ilości chłodzących owoców wypił pół szklanki tafii” i w niespełna 24 godziny zmarł wśród wielkich boleści. Jak skomentowali ten wypadek K. Lux i Wierzbicki — „torując ziomkom swym drogę do wieczności” .

26 marca 1803 r. kolumna gen. D’Arbois zaczęła posuwać się poprzez Mouillage des Anglais, l’Acul à Jean, Anse de la Rivière, Anse des Trois Rivières, Port à Piment. Małachowski zarządził nadzwyczajne środki ostrożności z wysuniętą strażą przednią i szperaczami po , bokach.

W pierwszym zaraz dniu takiego pochodu wzdłuż brzegu morskiego — wspominał potem Małachowski — obok ciągłego pasma gór [La Hotte, osiągających wysokość 2414 m — J. P.] odwiecznym lasem zarosłych, wyszliśmy na płaszczyznę, zagłębiającą się w nowe gór pasmo, które przedzielała niewielka rzeczka w morze wpadająca. Dolinę tę zwano Carvahanac, od której nazwisko wzięła mocna reduta Murzynami obsadzona na wyniosłej górze, w morze spadającej, około której kręciła się przypadająca nam droga. Redutę tę wypadało naprzód zdobyć; w tym celu ruszyły dywizje batalionowe dla przedzierania się pobocznymi górami, okrążenia tej reduty i odcięcia jej z tyłu komunikacji. Spostrzegłszy to Murzyni, po słabym oporze i ranieniu kilku tylko żołnierzy [1 podoficera i 2 legionistów z kompanii kpt. Bogusławskiego], wyszli z niej — ale uważałem, że wszyscy byli należycie uzbrojeni i kompletnie w mundury francuskie ubrani. Droga robiona, o której wspomniałem, w wielu miejscach miała pokopane rowy, a za nimi wzniesione parapety z podwójnymi ustępami dla ukrywania się w potrzebie.

Po wzięciu tej pozycji zeszliśmy na obszerną w kształcie amfiteatru dolinę zwaną Aux Anglais, opasaną dokoła wzniosłymi górami, w morze zapadającymi [...], Tam resztę dnia przepędziliśmy wśród poburzonych młynów cukrowych i kilku kup kawy, nasypanej na ogromne liście figi bananowej, lecz zarazem uważaliśmy ciągle na tłumy Murzynów z bagażami, dążące górami w stronę, którędy nam marsz przypadał [...].

O trzeciej po północy [27 III] ruszyliśmy z miejsca tego — pisze Małachowski — mając rozkaz nie nabijać broni, ażeby nie bawić się strzelaniem, ale prosto iść na nieprzyjaciela z nadstawionym bagnetem. Szliśmy dość długo spokojnie, mając po prawej stronie brzeg morski, a po lewej okrywając się łańcuchem woltyżerskim od zasadzek, jakie mogły mieć miejsce pomiędzy plantacjami cukrowymi.

W ten sposób, maszerując w ciemnościach — jak wspominają Lux i Wierzbicki — kolumna dotarła pod wyniosłą górę. Droga idąca dotychczas brzegiem morskim skręcała w niezbyt szeroki wąwóz Kay. Dowodzący powstańcami Mulat gen. Laurent Ferrou (Zamknął ją rowem i ściętymi drzewami, tworząc silną barykadę, do której dostęp utrudniali strzelcy ukryci na zboczach. Gdy do wąwozu wkroczyła straż przednia z ppor. K. Weygielem, ujrzano w ciemności błysk powstały „ze spalenia prochu na panewkach, który nas przekonał o czujności i gotowości nieprzyjaciela. Wkrótce też sypnął się rzęsisty karabinowy ogień”, od którego połowa straży przedniej z ppor. Weygielem poległa; reszta w nieładzie wycofała się.

Zaczęło rozjaśniać się i wtedy gen. D’Arbois polecił kompanii grenadierów polskich kpt. Regisa Messange’a sforsować przejście. Rozkaz niewątpliwie był nieprzemyślany; czołowe natarcie nie dawało rezultatu, póki powstańcy mogli ostrzeliwać atakujących z boku; dla wyparcia ich zaś z gęsto porośniętych zboczy potrzebne były maczety, których w kolumnie nie posiadano.

Nieustraszony kpt. Messange nie czuł się uprawnionym do zwracania zwierzchnikowi uwagi. „Pomimo morderczego ognia — jak piszą Lux i Wierzbicki — grenadierzy doszli do samego rowu okopu”. Tu, trafiony w piersi, poległ kpt. Messange, a obok niego padł ciężko ranny adiutant major Mateusz Królikiewicz. Poległo także 31 grenadierów. Z pola walki uniesiono rannych: 68-letniego ppor. Józefa Gnoińskiego i 19 grenadierów.

Rozpoczęło się wzajemne ostrzeliwanie, a w świetle dnia, jak pisze Małachowski:

postrzegliśmy górę, przez którą szła droga w skale kuta, na kondygnacje, zatarasowana rowami i parapetami Murzynami obsadzonymi; na zwierzchniej zaś jej płaszczyźnie trzy reduty, osadzone mnóstwem zbrojnego ludu [...]. Nie można było w takiej zbyt nas rażącej utrzymać się pozycji, posunęliśmy się na lewo, weszliśmy w krzaki, z nich staraliśmy się górami okrążyć pozycję — ale nie znana w Europie gęstość lasów powiązanych lianami, rośliną zbyt tam mnogą [do wyrąbywania przejścia służyły wspomniane maczety], ogromne rozpadliny w górach, jak mówiono będące skutkiem dawniejszych okropnych trzęsień ziemi, wszystkie nasze usiłowania daremnymi czyniły, tak że gen. D’Arbois około południa osądził potrzebę ustępu.

Oto jak wyglądał odwrót Polaków:

rozpoczął się, może z zadziwiającym generała — stwierdza Małachowski — porządkiem, wśród rzęsistego nieprzyjacielskiego ognia i z taką zimną krwią, jak gdyby się to na mustrze działo — ale przyznajmy z drugiej strony, że w klimacie tak gorącym, w samo południe, żołnierz wyniszczony fatygą nie mógł być rześki, a tym samym stał się obojętnym. Murzyni nie umieli nas ścigać, przestawali na przeraźliwych wyciach, a zabiegać nam nie mogli, gdyż im przeszkadzała wielka przestrzeń plantacji cukrowej wodą zalanej.

Właściwie należałoby się tylko dziwić dowództwu francuskiemu, że tak słabo operacyjnie i taktycznie przeprowadziło tę akcję. Nie zużytkowano posiadanych działek, nie zaopatrzono wyruszających w maczety, wreszcie nikt nie zastanowił isię nad możliwością opłynięcia morzem umocnień powstańczych i zaatakowania ich od tyłu. Za tę nieudolność i błędy płacili niestety żołnierze, i to najwyższą cenę, jaką jest życie. Jeśli chodzi o Polaków, to historyk Laujon na marginesie tej akcji zauważył, że nasi rodacy nie nadawali się do walki z Murzynami. Dobrzy byli w linii czy przy zdobywaniu fortec, natomiast nie wytrzymywali nerwowo egzotyki przeciwników z ich wrzaskami, podstępami, okrucieństwem. Chyba podobne zarzuty innych historyków (szczególnie o słabości Polaków w walkach na terenie górzystym) nie odpowiadały stanowi faktycznemu, gdyż nie brakło w ich szeregach górali, a ppor. J. Wójcikiewicz z Krakowa wyśmiewał się później (w liście do matki w maju 1804) z takich powiedzonek, twierdząc „że sam po górach latał z żołnierzami jak koza”.

Odwrót wykonano w porządku. Gdy zbliżono się do Cap Tiburon, gen. D’Arbois pomaszerował dalej (do Tiburon) ze szczątkami grenadierów polskich i strzelcami kolonialnymi. Małachowskiemu z resztą I batalionu polskiego kazał się cofnąć do reduty w Carvahanac dla powstrzymania ewentualnego pościgu powstańców. W czasie dwudniowego pobytu w niej mieli kłopoty tylko z aprowizacją. O żadnej potyczce nie posiadamy przekazów, dlatego niezupełnie zrozumiały jest fakt, że w Port au Prince rozeszła się wiadomość 30 marca, że: „I batalion polski pobił Murzynów” — jak o tym wspominał J. Zadera.

Gen. D’Arbois przypomniawszy sobie, że Małachowskiemu nie pozostawił żadnych dalszych instrukcji, wysłał ku reducie po dwóch dniach oddział złożony z polskich grenadierów i żandarmerii. Przekonany był, że Polacy wyginęli, a w Carvahanac gospodarują Murzyni. Szczęściem podkradających się dojrzał z daleka Małachowski i kazał wywiesić francuską chorągiew, gdyż ci zamierzali odbić redutę. Połączone oddziały wróciły do Tiburon (30 III 1803).

Nie mogąc się przebić do Cayes drogą lądową, gen. D’Arbois zajął dla swej grupy wszystkie okoliczne statki, sam ze sztabem i Małachowskim lokując się na brygu „Bonaparte”. Według Małachowskiego nastąpiło to zaraz 30 marca, podczas gdy Lux i Wierzbicki podają datę 1 kwietnia. Po drodze bryg został zatrzymany przez Anglików i poddany ścisłej rewizji, co stanowiło zapowiedź zbliżającej się wojny.

3 kwietnia 1803 r. grupa D’Arboisa osiągnęła drogą morską Cayes, gdzie ją powitano z entuzjazmem. Oficerom przydzielono kwatery prywatne, a mieszkańcy w trosce o swe bezpieczeństwo prześcigali się w dowodach gościnności. Żołnierze zostali skoszarowani w barakach. Ale na służbę musieli wychodzić do okopów opasujących miasto. Wobec bagnistej. okolicy były one stale podmokłe, a kilka baterii (50 dział) zbudowanych było ze skrzyń i beczek napełnionych ziemią. Mimo więc częstego zmieniania obsad żółta febra w połączeniu z ustawicznymi atakami powstańców zbierały tu obfite żniwo.